Esej redaktora naczelnego „Głosu Prawa” dr Anzelma Lutwaka opublikowany został w 1933 r. w reakcji na zmiany w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy.
Nie potrzeba zaiste ani być Polakiem ani Żydem, — wystarczy być zgoła bezinteresownym widzem, aby zaboleć do szpiku swego człowieczeństwa, zapłonąć gniewem, wstrętem i zgrozą przed rozszalałą furią teutońskiego nacjonalizmu. Pod hasłem „przebudzenia się Niemiec” — regeneracji niemieckiej „duszy narodowej", dokonuje się w oczach tego, po zęby zbrojnego, a przeto właśnie bezsilnego i bezradnego świata, niepoczytalne i w następstwach nieobliczalne dzieło zniszczenia i przewrotu — na obszarze 70-ciomilionowego państwa, szczycącego się mianem krainy myślicieli i poetów, a jednego z pierwszych w kręgu dumnej kultury Zachodu.
Dziś przeżywamy tam nawrót barbarii z okresu wędrówki ludów, kiedy się przesilały z sobą dwie ery, kiedy się pod kopiec miało starożytnemu światu, gdy jego bogi i ludzie szaleli. Święci się zmartwychwstanie Wandalów i Hunów — gotuje się renesans „kultury” raubritterów — knuje się restauracja drapieżnego zakonu Krzyżaków: wszystko to w samem sercu Europy. za miedzą zachodnią Polski, co dopiero z szponów pruskich wyrwanej...
Srożą się kapturowe mordy na obcoplemieńcach zawlekanych do zaułków i lasów, a katusze nieludzkie zadawane są jeńcom brunatnej inkwizycji po zacisznych kazamatach, urządzonych z iście nowoczesnym, celowym komfortem. Tysiączne, dziesięciotysięczne egzystencje ludzkie wykorzenia się ze szczętem z gruntu „niemieckiej ojczyzny”. Bez względu na to, jak długo kto do tej ojczyzny należy, ruguje się z placówek pracy zarobkowej i publicznej nie tylko kapitalistów, przemysłowców, bankierów, lecz i sędziów, adwokatów, notarjuszów, inżynierów, lekarzy, profesorów wszechnic, artystów, reżyserów. Krocie spokojnych i pracowitych obywateli, przez ucisk i bojkot powszechny, doprowadza się całkiem doraźnie, całkiem znienacka do ostatecznej ruiny, przyprawiając ich o kij żebraczy lub tułaczy. Słowem: „the time is out o f joint" — czas wychwiał się ze spojów!...
A nic przytem nie zważa się ani na stanowisko ani na zasługi społeczne, ani na zdolności i sławę w świecie ani na charakter i konduitę ofiar — obojętną, nic nie wartą staje się ich przeszłość, obojętnem i beznadziejnem ich jutro, jak tylko pierwszy lepszy zbir szturmowy dowąchał się na nich — zbrodni głównej: przydybał ich na zbrodni pochodzenia semickiego — na zbrodni policzalnej wstecz aż w trzecie pokolenie!
I w tem poczytaniu pochodzenia za zbrodnię, niema żadnej metafory — nie! To już naukowo, metodycznie rozbudowana doktryna, stanowiąca podwalinę ideową narodowo-socjalistycznego „systemu myśli”, hitlerowskich projektów prawa państwowego, cywilnego i karnego. To doktryna, której się już naucza z uniwersyteckich katedr — która już np. we wrześniu roku ubiegłego, na zjeździe t. zw. ,,Internationale (choć głównie niemieckiej) Kriminalistische Vereinigung“ w Frankfurcie, znalazła żarliwego herolda w osobie austriackiego kryminologa, prof. (hr.) Gleispacha: iż osobnik nie należący do rasy germańskiej, to „Untermensch”, to zwyrodnialec, zatem — zbrodniarz z urodzenia, z natury swej niepoprawny, któremu przeto zagładę poprzysiąc, dla którego karę śmierci utrzymać i jak najregularniej wykonywać należy...
Więc też obywatelem państwa może być tylko „Volksgenosse”, rodak krwi niemieckiej. Każdy inny, to w najlepszym razie „gość”, podlegający prawom wyjątkowym. Kto zaś w tych sprawach sądzi choćby nieco inaczej, ten — nie mówiąc już o „marksistach" — traktowany jest jako nicpoń, ladaco, hultaj, zdrajca. Samo już wyznawanie poglądu liberalniejszego uzasadnia dyffamację, wyklęcie z narodu, dosięgające bez pardonu nawet rdzennie germańskich myślicieli i poetów, żyjących i nieżyjących, którzy — jak Tomasz Mann lub Gerhard Hauptmann, jak Schiller lub Lessing — splamili się zbrodniczym sposobem myślenia i tworzenia.
lbowiem celem i osią bytu społeczeństwa i państwa jest: „der deutsche starke Mensch”, zasadą tego bytu jest: nierówność, a względnie wyższość rasy germańskiej nad wszelką inną, zaczem tylko wojna, święta wojna rasowa, ustawiczna wojna z rasami „niższemi", z ustrojami degeneracyjnemi, bo opartemi o liberalistyczną zasadę równości człowieka i człowieka, równości wszystkich w obliczu prawa — zapewni Niemcom rozkwit kulturalny i rozrost państwowy...
Trzeba sobie tedy zdać jasno sprawę z tego, iż okropieństwo perspektywy zdarzeń, rozgrywających się w Niemczech Trzeciej Rzeszy, tkwi nie tyle w samych aktach brutalnego gwałtu i sadyzmu, nie tyle w mordach, samobójstwach i prześladowaniach, chociażby ciągle jeszcze masowych — ile raczej w tem pseudonaukowem i pseudoprawnem gruntowaniu hitleryzmu jako „światopoglądu” i jako „praworządu”. To wyniesienie idei nienawiści, eksklusywności i zaborczości na wyżynę ideału — to naukowe, filozoficzne zmetodyzowanie szaleństwa, megalomani – to zasadzenie prawa i państwa, oświaty, religii i wychowania publicznego, na rządzie nienawiści, na człowieku jednej i tej samej rasy i narodowości, nie mającym dla człowieka innej rasy lub narodowości ani zrozumienia, ani serca, ani litości: oto, co nam grozi rozpętaniem „belli omniutn contra omnes” , wznieceniem żywiołów Apokalipsy — przepowiedzianą zresztą przez Niemca, Oswalda Spenglera, zagładą świata zachodniego...
A to tembardziej, że hitlerowski praworząd nienawiści nie jest bynajmniej w tym świecie odosobniony — nie jest prototypem ani unikatem, a tylko — odmianą, wzorowaną nawet poniekąd — i to w zgoła niedużych promieniach influencji — na szeregu innych systemów nacjonalistycznej lub państwowej autarkii. Nie wolno nam zaprawdę nawet zbytnio przyganiać rozsrożonemu w Niemczech nacjonalizmowi, skoro z tak niesłychanym i jakże często zawodzącym trudem udaje się władzom państwa polskiego utrzymać na wodzy nacjonalizm rodzimy.
Komu nie brak ciekawości do wczytywania się w „naukowe dociekania” lub „wysoce polityczne rozważania” pp. Dmowskiego czy St. Grabskiego — nie licząc tylu innych, pomniejszych filozofów i prawników praworządu nacjonalistycznego i nie wskazując na tak już mnogą jego prasę, dzień w dzień jątrzącą i szczującą — więc kto tylko czyta, jak się p. Dmowskiemu uśmiecha idea „wytępienia kilkunastu milionów niepotrzebnych ludzi”, a zaś p. prof. St. Grabskiemu plan państwa ekskluzywnie narodowego, z osadzeniem każdej mniejszości na prawach wyjątkowych względnie „umniejszonych” — temu ujawnia się wyraziście wspólna platforma ideologiczna wszystkich odmian praworządu nienawiści: monopol grupy etnicznej w zażywaniu dóbr doczesnych na danym obszarze państwowym.
Monopol taki w społeczności ludzkiej wieku XX-go jest skończonym absurdem — po prostu: contradictio in adiecto. Bo znaczy to: chcieć zagarnąć dla siebie wyłącznie płody żywota i nie dopuścić drugiego do ich spożywania, choć bez tego drugiego nie sposób tych płodów należycie wytwarzać. Bo znaczy to: uznać się samowystarczalnym, choć żaden śmiertelnik i żadna grupa śmiertelników samowystarczalną nie jest. Wszak również „skarby ziemi” aż nadto nierównomiernie są wszędy rozdzielone i tak samo przyrodzone dary ludzkiego intelektu. Nawet w świecie zwierzęcym i roślinnym istnieje konieczność symbiozy różnorodnych ras i gatunków, a zoologia wymienia całe szeregi form ścisłego współżycia gatunków, tak choćby od siebie rodzajowo odległych, jak ptak i mrówka, lub zielę i owad. Są to zaś wspólnoty szczere i trwałe, zawiązane ku wzajemnej ochronie i obronie, ku wzajemnemu zdobywaniu pożywienia lub nawet dla przyjaźni i gościny. A z ludzkości w epoce radia, filmu i samolotu — czyż miałaby i mogłaby symbioza ras i narodowości być wygnaną, wyklętą? — To absurd, którego propagandzie politycznej czy „naukowej” każdy człowiek po ludzku myślący, calem swem jestestwem przeciwstawiać się powinien!
Nie dawniej, jak w lutym b. r. ogłoszone zostały w Dzienniku ustaw Rzpltej Polskiej, Nr. 6, Konwencja i Statut o utworzeniu Unji Międzynarodowej Niesienia Pomocy (Union Internationale de Secours) — konwencja 30 państw, wśród których nie zbrakło i Niemiec: konwencja mająca na celu wzajemne niesienie sobie pomocy w klęskach, zarówno siłą wyższą spowodowanych, jako też we wszystkich klęskach publicznych... „ażeby wszystkie ludy (tous les peuples) wykonywały wzajemną międzynarodową pomoc” (Art. 2). Unia ta zaś spełniać ma to dzieło „na korzyść każdej ludności, dotkniętej klęską, jakąkolwiek byłaby narodowość i rasa danej ludności, nie czyniąc różnicy pod względem socjalnym, politycznym lub religijnym” (Art. 3).
...Nie słychać na razie, iżby sygnatariusze tej wspaniałej Unii pośpieszyli jak jeden mąż z niesieniem pomocy sześciuset tysiącom ludzi, których co dopiero dosięgła w sercu Europy klęska żywiołowa, klęska publiczna — jedna z najstraszniejszych w dziejach tego świata, w obliczu której geniusz ludzkości popiołem posypuje głowę.
Dr. Anzelm Lutwak
Pierwotny druk:
„Głos Prawa” 1933 nr 4, s. 185-188.



